Komisja śledcza Bundestagu, badająca okoliczności nalotu z 4 września ub. r. w okolicach Kunduzu na dwie, uprowadzone przez talibów cysterny z paliwem, po raz pierwszy obradowała wczoraj (18.03) przy drzwiach otwartych
Generał Wolfgang Schneiderhan i minister Karl-Theodor zu Guttenberg wizytują żołnierzy Bundeswehry w Afganistanie
Do tej pory obrady komisji były niedostępne dla mediów i publiczności, co podnosiło dodatkowo temperaturę dyskusji wokół fatalnego w skutkach nalotu. Do dziś nie znamy dokładnej liczby ofiar. Mówi się o 142 zabitych i rannych. Było wśród ich wielu cywilów, zapędzonych przez talibów do pomocy przy wciąganiu uprowadzonych cystern z rzecznego mułu, w którym ugrzęzły.
Niewygodne fakty
Równie grząska i mulista była polityka informacyjna ministerstwa obrony po nalocie. Stopniowo jednak prawda zaczęła wychodzić na jaw, w czym największą zasługę ma tabloid "Bild-Zeitung", dowodząc, że ówczesny minister obrony Franz Josef Jung nie mówi opinii publicznej wszystkiego, co wie. Jung podał się do dymisji, a jego następca, Karl-Theodor zu Guttenberg, udowodnił słuszność przysłowia o "nowej miotle, która dobrze miecie", wymiatając ze stanowisk inspektora generalnego Bundeswehry, generała Wolfganga Schneiderhana i wiceministra obrony, Petera Wicherta.
Franz Josef Jung został zmuszony do opuszczenia stanowiska po ujawnieniu niewygodnych faktów
Guttenberg zarzucił im ukrywanie przed nim ważnych informacji o skutkach nalotu, co uniemożliwia mu dalszą współpracę z nimi. Innymi słowy: obaj muszą odejść. Odeszli, zapowiadając, że przy okazji powiedzą "jak było naprawdę". 2 grudnia ub. r. zapadła decyzja o przekształceniu stałej komisji obrony Bundestagu w komisję śledczą, mającą wyjaśnić szczegóły zbombardowania uprowadzonych cystern i ewentualne niedostatki pracy ministerstwa obrony pod rządami obu szefów - dawnego i nowego.
Wszystko jest polityką?
Zarówno rząd jak i opozycja od początku traktowały tę aferę jako sprawę ściśle polityczną. Jeszcze przed wyborami do Bundestagu we wrześniu ub. r. opozycja zarzucała wielkiej koalicji, że zniekształca prawdziwy obraz misji Bundeswehry w Afganistanie, sprowadzając ją do groteskowej formy "pomocy rozwojowej z bronią w ręku". W rzeczywistości - twierdzono - mamy do czynienia ze zwykłą wojną, na której nasi żołnierze giną m. in. dlatego, że są do niej niedostatecznie przygotowani i źle wyposażeni.
W odpowiedzi rząd zarzucał opozycji karygodne lekceważenie zagrożenia ze strony międzynarodowego terroryzmu i brak solidarności z żołnierzami Bundeswehry, którzy mają prawo czuć się osamotnieni i rozgoryczeni. Po wyborach sytuacja zmieniła się o tyle, że słowo "wojna" przestało być wreszcie politycznym tabu, ale polityczna wojna na słowa wokół wojny w Afganistanie zyskała dodatkowo na ostrości.
Bagnet na broń!
Choć na wczorajszym posiedzeniu komisji nie padły komendy: " w dwuszeregu zbiórka!" i "bagnet na broń!", panowała na nim iście bojowa atmosfera. Stawili się wszyscy: 31 członków, dziennikarze i para głównych bohaterów wieczoru: zdymisjonowani przez ministra Guttenberga generał Schneiderhan oraz wiceminister Wichert.
Generał Schneiderhan i wiceminister Wichert na tle zdjęcia skutków tragicznego nalotu koło Kunduzu 4 września 2009 r. W tle - spalone cysterny
Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, że "kiedyś powiedzą prawdę", na tzw. całą prawdę trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Były inspektor generalny Bundeswehry wyraźnie spuścił z tonu, przyznając, że nie przekazywał ministrowi Guttenbergowi wszystkich informacji, którymi dysponował, ale - jak podkreślił - te, które mu przekazał, w pełni wystarczały, aby mógł wyrobić sobie własne zdanie o nalocie i jego skutkach.
Komentatorzy widzą w tym reakcję Schneiderhana na wywiad ministra obrony sprzed tygodnia, w którym zu Guttenberg stwierdził, że nigdy nie twierdził, że generał "świadomie i złośliwie" zatajał przed nim ważne informacje, tylko nie dostarczał mu na biurko wszystkiego, czym sam dysponował.
"Grupa 85"
O ile między ministrem i generałem zapanowało czasowe zawieszenie broni, o tyle wiceminister Wichert będzie zmuszony zmobilizować ostatnie rezerwy, żeby wybronić się od nowych zarzutów.
Dotyczą one działalności w resorcie obrony tzw. "grupy 85", powołanej i kierowanej przez wiceministra Wicherta. Wolfgang Scheiderhan potwierdził istnienie takiego gremium i zaproponował, żeby o szczegóły zapytać jego pomysłodawcę i szefa w jednej osobie, czyli b. wiceministra. Już teraz jednak wiadomo, że zadaniem tej grupy było kształtowanie pozytywnego obrazu misji Bundeswehry w Afganistanie, czyli uprawianie swoistej propagandy sukcesu.
Powołano ją do życia w pięć dni po fatalnym nalocie. W oczach zasiadających w komisji śledczej członków z partii opozycyjnych, owa "grupa 85" była dodatkowym, nie ujętym żadnymi przepisami "wydziałem kłamstwa i dezinformacji" w ministerstwie obrony narodowej. Jej istnienie potwierdza zarzuty, że polityka tuszowania niewygodnych faktów była stałą praktyką w MON po fatalnym 4. września.
Pia Gram / Andrzej Pawlak (ZDF, Spiegel Online)
red. odp.: Jan Kowalski