Kultura | 16.07.2008
Trudna droga: Harmonizacja studiów w UE
Od prawie 10 lat w Niemczech realizuje się postanowienia Deklaracji Bolońskiej. Dotyczy ona restrukturyzacji i harmonizacji studiów w krajach UE w celu utworzenia do roku 2010 Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego.
Głównymi celami Deklaracji Bolońskiej z 19 czerwca 1999 roku było wprowadzenie na obszarze dwudziestu dziewięciu państw europejskich, w tym także Polski, studiów dwu- i trzystopniowych oraz, co nastręcza najwięcej problemów, jednolitego, punktowego systemu zaliczania osiągnięć studentów. Dwustopniowy system studiów oparty jest na dwóch cyklach kształcenia. Pierwszy stopień kończy się uzyskaniem tytułu licencjata, a na politechnikach inżyniera, drugi zaś magistra lub magistra inżyniera.
W roku 2003 zadecydowano o rozszerzeniu systemu studiów o trzeci stopień - studia doktoranckie. Na pozór wszystko to wygląda bardzo prosto. W praktyce jednak okazało się, że nie wszystkie postanowienia Deklaracji Bolońskiej znane są samym zainteresowanym, to jest studentom i wykładowcom. Z ankiety przeprowadzonej wśród niemieckich studentów wynika, że tylko nieliczni wiedzą co oznacza angielski skrót ECTS, to jest: punktowy system zaliczania osiągnięć studentów. Można powiedzieć, że w końcu nie to jest najważniejsze. Grunt, żeby się uczyli i zdawali w terminie egzaminy, a o związane z nimi punkty będą się martwić pracownicy uczelnianej administracji oraz urzędnicy z ministerstwa oświaty i placówek odpowiedzialnych za realizację Procesu Bolońskiego.
System punktowy ECTS toruje sobie drogę w praktyce
To jednak nie jest takie proste. Zwłaszcza w Niemczech, w których polityka oświatowa leży w kompetencji poszczególnych krajów związkowych, niezbyt zachwyconych, że mają nad sobą "czapkę" w postaci Krajowej Rady Akredytacyjnej z siedzibą w Bonn, która decyduje o utrzymanie w danej uczelni danego kierunku studiów we współpracy z sześcioma regionalnymi agencjami akredytacyjnymi. Ich eksperci, a są nimi profesorowie o uznanym dorobku, cieszący się dużym autorytetem w środowisku, odwiedzają po kolei uczelnie, które zamierzają uruchomić nowy kierunek studiów licencjackich lub magisterskich i badają, w oparciu ujednolicone kryteria międzynarodowe, czy są one w stanie zapewnić właściwy poziom wykształcenia przyszłym absolwentom. Jeśli tak - uczelnia otrzymuje stosowny certyfikat.
Bildunterschrift: Großansicht des Bildes mit der Bildunterschrift: Berlin: Biblioteka Filologiczna Wolnego Uniwersytetu FU.Chodzi tu zarówno o wymogi czysto techniczne, na przykład wyposażenie sal wykładowych, laboratoriów i pracowni specjalistycznych, jak i poziom kadry dydaktycznej. Wszystko to połączone jest z systemem punktów ECTS. Zaliczenie roku wymaga zdobycia 60 punktów, a semestru 30 punktów ECTS. Jednym to się podoba, bo wiadomo, czego się trzymać; innymi mniej, bo czują się ograniczeni w swej wolności wykładowcy. Ale, co cieszy, przeważają zwolennicy tej koncepcji, która zmierza przecież do ujednolicenia standardów wykształcenia w Europie i rozszerza szanse na karierę zawodową absolwentów za granicą. Proces Boloński sprawia, że polski magister w niczym nie ustępuje swemu niemieckiemu koledze i odwrotnie.
Proces Boloński i jego słabości
Krytycy tego systemu zarzucają mu, że jest za długi, zbiurokratyzowany i za dużo kosztuje. Mają sporo racji. Uzyskanie wspomnianego wcześniej certyfikatu jakości kształcenia kosztuje dobre 10.000 euro niezależnie od kierunku studiów, którego dotyczy. Za certyfikat musi zapłacić uczelnia z własnych pieniędzy. Wniosek o jego przyznanie może liczyć w skrajnym przypadku kilkaset stron. Ktoś go musi opracować. Robią to pracownicy naukowi danej uczelni, którzy mają przez to sporo dodatkowej pracy.
Procedura kontrolna może potrwać parę miesięcy, ale i parę lat: „Rzeczoznawca z rady akredytacyjnej może w tym samym stopniu przyspieszyć jak i wydłużyć proces przyznawania certyfikatu, od czego zależy uruchomienie nowego kierunku studiów, domagając się od nas nowych danych, względnie wprowadzenia poprawek do programu. A więc dysponuje on realną władzą i dużo od niego zależy” - mówi profesor Rainer Stephan z Uniwersytetu w Wuppertalu.
Uczelnie żądają w związku z tym więcej swobody w zadbaniu na własną rękę o właściwy poziom kształcenia zgodnie - ze znanymi im przecież dobrze - wytycznymi Procesu Bolońskiego.













